Dawnymi czasy dość powszechna, nie tylko na terenach Polski, była choroba zwana kołtunem, ale najdłużej utrzymywała się ona właśnie na Polesiu. Przesądni Poleszucy uparcie bronili się przed obcinaniem kołtuna obawiając się, że pozbawi ich to sił życiowych. Znalazło to swoje odbicie i w przewodniku Marczaka: “Niemycie i nieczesanie włosów, przytem prawdopodobnie niezdrowe warunki, wywołujące chorobę gośćca, powodują tak u kobiet, jak i u mężczyzn, a szczególniej u dzieci obrzydliwa chorobę na głowie zwana kołtunem.” O kołtunie ukazał się w 2004 r ciekawy artykuł autorstwa Stanisława Mancewicz, który cytujemy poniżej:
Przeczytałem w… Kołtun w medycynie ludowej

Podczas upalnego lata zeszłego roku w miejscowości oddalonej od Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego o godzinę jazdy autem małolitrażowym, spotkałem mężczyznę. Człowiek ten stał przy drodze obok swego audi w kolorze czarna perła, wyposażonego w skomplikowany imobilajzer, klimatyzację, zestaw głośnomówiący i rozbudowane systemy audio.

Był miejscowym rolnikiem, spędzającym większość roku na placach budów w strefie euro. Wtedy to, tamtego lata, miał akurat wolne i wykonywał drobne prace farmerskie na ojcowiźnie. Otóż podczas tych zajęć – jak powiedział – pogryzła go żmija. Zaniepokojony stanem swej ręki, spuchniętej jak dynia, pytał, czy nie mam zbędnej dawki surowicy antyjadowej.

Odpowiedziałem pytaniem na pytanie, czy mianowicie nie słuszniej miast stać na szosie, udać się owym perłowym audi ku najbliższemu Zakładowi Opieki Zdrowotnej. Tamże fachowcy udzielą mu zapewne z chęcią stosownej pomocy. Mężczyzna z lekkim obłędem w oczach, spotęgowanym wzrastającą gorączką, powiedział, że wizytę taką ma właśnie za sobą. Z zainteresowaniem wysłuchałem relacji ze spotkania owego człowieka z felczerem, który pokąsanemu rolnikowi zalecił surowo tygodniowe moczenie ręki w serwatce lub zsiadłym mleku. Historia ta przypomniała mi się wczoraj, gdy kupiłem i przeczytałem fundamentalną pracę napisaną przez wybitnego etnografa dr Mariana Udzielę w latach dziewięćdziesiątych XIX stulecia, a noszącą tytuł “Medycyna i przesądy lecznicze ludu polskiego”. Udziela moczenie w kwaśnym mleku wskazuje jako elementarny zabieg pomocowy ludu polskiego, obok oczywiście dosypywania do jadła proszku ze spalonego kota czy kreta. W poradzie lekarza ze wspomnianego ZOZ-u jak w soczewce zebrała się kondycja naszej służby zdrowia – pomóc, ale nie do końca. Medyk wiejski zapomniał bowiem polecić, by rolnik wpuścił do owego mleka jedna po drugiej kilka żab. Te, zatrute jadem – jak pisze etnograf – zdychają, a gdy wreszcie ostatnia wpuszczona wyskoczy z mleka żywa, znaczy to, że jad został wyssany.

Lektura “Medycyny…” przypomniała mi też coś jeszcze, mianowicie że w krakowskim Muzeum Medycyny UJ mają w szafce najprawdziwszy kołtun. Zapragnąłem gwałtownie, by tę legendarną rzecz natychmiast obejrzeć. Dr Ryszard Gryglewski, uczony pracujący dla tej zasłużonej placówki, pozwolił nam wczoraj wniknąć i sfotografować ów kłąb. Udzielił mi też cennych informacji, że kołtun krakowski jest bodaj jedynym takim zachowanym na świecie – choć mam informacje, że druga sztuka jest w posiadaniu Muzeum Medycyny w Kownie, że ma po rozwinięciu imponujące półtora metra długości i że najprawdopodobniej pochodzi z XIX w.
Niezorientowanym szybko tłumaczę, że kołtun jest rodzajem grubego dreda na głowie, zbitym na twardo, sfilcowanym, brudnym i pełnym robactwa warkoczem tworzonym bynajmniej nie dla urody i mody, a ze strachu przed diabłem, śmiercią i chorobami. Na przełomie wieków energiczne cięcia kołtunów przez dr Józefa Dietla zakończyły żywot tego bardzo powszechnego na głowach polskich włościan urządzenia. Kołtun dorobił się w światowej nomenklaturze medycznej łacińskiej nazwy, brzmi ona niepokojąco: plica polonica.

Dr Udziela daje w swej książeczce pełny obraz wiedzy etnograficznej o kołtunie. Zwany był też goźdźcem, gwoźdzcem lub pliką. “Kołtun może być zewnętrzny, wewnętrzny, samiec lub samica, gdy to pod nim, a nie w nim znajduje się robactwo”. W kołtunie według ludu mieszkały choroby, najczęściej dziewięć, obcięcie powodowało, że atakowały nosiciela. Skręcenie się kołtuna było procesem długim i baczono, by przebiegało bez przeszkód, włosy polewano dla ułatwienia skręcania różnymi lepkimi miksturami i gdy się ostatecznie uformował, znikały wszelakie dolegliwości. Tak uważano.

“Najlepiej nosić go rok i sześć niedziel. Nigdy nie obcinają go wcześniej, a ostrożność, aby nie obciąć go za wcześnie, jest przyczyną, że bojaźliwi noszą go całe życie” – pisze Udziela. Były też sposoby, by kołtun sam odpadł: “starają się o odpadły kołtun, moczą go w wódce, a tę codziennie piją po kieliszku”. Najryzykowniejszym działaniem było odcięcie kołtuna nożyczkami. Mógł się pogniewać i “połamać chorego”. Robiono to więc ostrożnie i – jak czytam – “dzień powinien być pogodny, chory na czczo, i nigdy w piątek.
Najbezpieczniej obcinać w Wielką Sobotę, gdy dzwonią pierwszy raz na rezurekcję”. Miejscami, gdzie cięto bezpiecznie kołtuny, były Kalwaria Zebrzydowska i kościół Mariacki w Krakowie, którego zaplecza – jak się dowiaduję – były “powszechnym składem kołtunów”.

Przy takich tradycjach trudno sobie wyobrazić, że biuro promocji miasta Krakowa – tak złaknione pomysłów – jeszcze na kołtuna krakowskiego nie zwróciło biznesowej uwagi. Kołtuny na gumkach czy na tiszertach byłby nowością w trudnym i zapchanym banalnym oscypkiem świecie reklamy produktów regionalnych.

source

About the Author